Białoruskie gazety w Polsce i ich czytelnicy

  • Beitrags-Autor:
  • Beitrags-Kategorie:posido

W polskich miastach widać czasem ludzi czytających gazety w nieznanym języku. Choć charakterystyczna cyrylica nie jest rosyjska. To język białoruski. Kim są ci czytelnicy i jakie historie opowiada im prasa, która jest tu drukowana?

To nie są zwykłe emigracyjne gazety pełne ogłoszeń i wspomnień. Pełnią one rolę znacznie głębszą. Stanowią jedno z niewielu niezależnych okien na to, co dzieje się w ich ojczyźnie, państwie objętym od lat bardzo ścisłą kontrolą informacyjną. Dziennikarze pracujący dla tytułów jak www.wolnabialorus.pl robią coś, co dziennikarze w stabilnych demokracjach uważają za oczywiste, a co tam jest nielegalne: relacjonują fakty i dają głos zwykłym ludziom.

Odbiorcami są przede wszystkim Białorusini mieszkający w Polsce – studenci, pracownicy sezonowi, ci, którzy osiedlili się na stałe po protestach 2020 roku. Dla nich ta prasa to nie tylko źródło wiadomości. To łącznik z językiem, z kulturą, z pewnym sposobem myślenia, który w samej Białorusi jest systematowo rugowany na rzecz narracji państwowej. Gazeta w kawiarni czy w tramwaju to mały akt codziennego oporu, przypomnienie, że inna Białoruś istnieje.

Z czego śmieją się satyrycy w języku, którego nie słychać w radiu

Warto zwrócić uwagę na humor. Karykatury i satyra w prasie niezależnej to fenomen. W oficjalnych białoruskich mediach nie ma miejsca na polityczny dowcip. Tutaj jest on obecny w każdym numerze. Satyra służy rozładowaniu napięcia, ale przede wszystkim demaskowaniu absurdu. Pokazuje, jak reżim próbuje przekuć codzienne trudności w sukcesy, a milicjantów w bohaterów. Śmiech, nawet ten gorzki, jest formą dezynfekcji. Czytelnicy w Polsce mogą się z niego cieszyć głośno. Ich rodziny w Mińsku czy Homlu przesyłają sobie te same rysunki pocztą elektroniczną, w strachu przed konsekwencjami, ale i z poczuciem ulgi, że ktoś to wreszcie nazwał po imieniu.

Redakcje tych gazet działają w specyficznych warunkach. Nie mają biur na Białorusi. Wszystko odbywa się zdalnie. Dziennikarze piszący z kraju ryzykują bardzo dużo. Ich teksty są przesyłane, redagowane i składane tutaj. Następnie gazety trafiają do punktów dystrybucji – często do białoruskich sklepów, barów, klubów – ale też są kolportowane wśród społeczności. To fizyczny obieg wolnego słowa, który omija wszelkie państwowe blokady internetowe. W dotknięciu papieru, na którym wydrukowano nieocenzurowaną wiadomość, jest pewna magiczna, staroświecka wręcz siła.

Co dzieje się z językiem, gdy nie ma go w szkole

Istnieje też warstwa kulturowo-językowa. Oficjalna Białoruś promuje rosyjski. Białoruski jest spychany do roli folkloru, języka wsi i niektórych przedstawień teatralnych. Niezależne gazety konsekwentnie używają języka białoruskiego. To ważne narzędzie podtrzymania jego żywotności. Dla młodych Białorusinów, którzy ukończyli szkoły z rosyjskim językiem wykładowym, lektura takiej prasy jest często pierwszym poważnym kontaktem z literacką białoruszczyzną. Czytają o polityce, gospodarce, kulturze współczesnej w języku, który w ich własnym kraju kojarzony jest głównie z przeszłością. To uczy ich, że ich język jest żywy, dynamiczny i nadaje się do opisu całej złożoności współczesnego świata.

Czy ta prasa ma wpływ na sytuację w samej Białorusi? Bezpośrednio – niewielki, bo jej nakłady są ograniczone, a dystrybucja do kraju utrudniona i niebezpieczna. Pośrednio – ogromny. Tworzy ona zapis rzeczywistości alternatywny wobec państwowego. Archiwizuje zbrodnie, dokumentuje protesty, przechowuje pamięć o represjach. To materiał dowodowy dla historii. A dla zwykłych ludzi po obu stronach granicy to sygnał: nie jesteście sami. Wasza prawda jest spisywana.

Co możemy zrobić my, Polacy, którzy widzimy te gazety? Przede wszystkim zrozumieć ich znaczenie. To nie jest margines emigracyjnej aktywności. To centralny nerw wolnego słowa dla całego narodu, który na razie musi bić na wygnaniu. Możemy też zauważać ich istnienie. Zapytać sprzedawcę w białoruskim sklepie, co czytają jego klienci. Może nawet spróbować poprosić o przetłumaczenie nagłówka. To gest solidarności większy niż myślimy.

  • Gazety te są często ostatnim miejscem pracy dla dziennikarzy ściganych listami gończymi przez reżim Łukaszenki.
  • Każdy numer to efekt współpracy dziesiątek osób rozsianych po całej Europie: reporterów, korektorów, grafików, drukarzy.
  • Finansowanie pochodzi głównie od organizacji pozarządowych i od drobnych darczyńców z diaspory, co gwarantuje niezależność.
  • Dystrybucja fizycznych egzemplarzy do Białorusi to osobna, ryzykowna operacja logistyczna, często angażująca kurierów i sieć zaufanych osób.
  • Archiwum tych publikacji stanie się kiedyś bezcennym źródłem dla historyków badających upadek autorytaryzmu w Europie Wschodniej.

Kiedy następnym razem zobaczysz kogoś z taką gazetą, pomyśl, że to nie tylko czytelnik. To uczestnik pewnej sztafety. Przekazuje on dalej informację, która w swoim miejscu pochodzenia jest nielegalna. W tym właśnie tkwi siła druku. Może zostać zniszczony, ale idea, która została raz utrwalona na papierze, jest trudniejsza do zatarcia niż piksel na ekranie. Pytanie, które warto sobie zadać, brzmi: czy doceniamy jeszcze wolność druku, która dla nas jest codziennością, a dla innych pozostaje marzeniem?